środa, 16 września 2009

Gdy budzę się rano nie czuję, że jestem w zupełnie mi obcym miejscu, obcym świecie i że przyjdzie mi przeżyć jeszcze wiele takich poranków.
Może nie jest to dla mnie obce miejsce, bo przywiozłam ze sobą swoje małe skarby, które dają mi namiastkę domu. Zawsze mogę puścić swoją muzykę i zatracić się w rzeczywistości tak, jak czasem robiłam to we własnym pokoju w Jastrzębiu. Może czuję się tu w Łodzi całkiem dobrze, bo ON jest ze mną i razem budujemy tę małą oazę.

środa, 19 sierpnia 2009

planowo - nie planować

Miałam dzisiaj taki sen: uciekając przed kimś otworzyłam drzwi i wparowałam do jakiegoś pokoju, następnie dopadłam kolejne drzwi a tam korytarz z kilkoma kolejnymi przejściami. Za każdymi krył się inny świat, czasem bardzo przerażający, odstraszający już od progu - wtedy zawsze cofałam się i zamykałam drzwi. Cały czas byłam ścigana. Za innym progiem zastawałam całkowicie zwyczajny świat. Wtedy zazwyczaj wbiegałam do pomieszczenia zakłócając lokatorom spokój i szukałam kolejnych drzwi. Bywało tak, że z jednego pokoju/świata automatycznie przechodziło się do następnego. Jednak czasem napotykałam te labiryntowe przedsionki z drzwiami wokół.
Chyba znowu czuję się zagubiona i nie wiem co robić, co postanawiać.
Lubię planować, ale co z tego jak 1/4 tych myśli gubi się w labiryncie życia i przepada.
Ponownie dostałam się na każdy z kierunków na który złożyłam papiery. Ciężki wybór do podjęcia. W sumie żaden nie satysfakcjonuje mnie do końca, ale nie można mieć czegoś z niczego. Coś robić trzeba!
Nie będę opisywała moich wakacji bo ciągle dochodzą w tej kwestii jakieś zmiany. Kolejny dowód na to aby nie planować zbytnio niczego i nazbyt się nie napalać, bo wszystko może spalić na panewce. Jednakże jakiś plus zawsze jest, w tym wypadku bardzo kobiecy [; skóra wymęczona już Woodstockiem nie została wystawiona na dodatkowe działanie sil natury spowodowanych zmęczeniem i podróżą na stopa, spaniem gdzie popadnie i obawie, że a nuż dopadnie mnie choroba lokomocyjna! Za to, za zaoszczędzone pieniądze zakupiłam kosmetyki, a jakżeby inaczej.
Czasem czuję żal za to, iż nie przeklinam. Jakoś nie mam w zwyczaju, a przydałoby się czasem, tak dla świętego spokoju.
Czytam lekturę śmiechu i pociechy sprzed lat, czyli Dziennik Bridget Jones, a także wczoraj zakupiony (dla mamy jako prezent bezokazyjny, ale co tam! póki nie wracam do domu to sama czytam) Dom nad rozlewiskiem. Zajadam się lodami o smaku czekolady milki, polane likierem o smaku gorzkiej żołądkowej z mlekiem. Upijam się Imeldą May, niedawno odkrytą tak całkiem przypadkowo w sieci, jednak ciągle rockabilly tyle, że z klasą i pin up'ówą pełną klasy ...
Tak na serio to ja czuję te wakacje, są całkiem przyjemne choć bardzo leniwe.

wtorek, 4 sierpnia 2009

powoodstockowy plecak

dochodzę do siebie.
ciężko jest opisać Woodstock.
każdy.
w sumie to, co mnie najbardziej jarało w tegorocznym (jeszcze przed przybyciem) to była Juliette Lewis i Korpiklaani.
Juliette jest boska na scenie, rock'n'rollowa, sama w sobie kultowa.
szkoda, że nie rzuciła w tłum swego wodzowskiego pióropusza
a nowy zespół towarzyszący Juliette ... do wymiany. no chyba, że rzeczywiście mają stać ze stoickim spokojem a Juliette błyszczeć.
nie zgłębiałam się w historii zakończenia przygody z The Lick'sami ale to nowe 'coś' nawet się nie uśmiechało a solówki reprezentatywne miały po 30 sekund.
Korpiklaani słuchałam z namiotu, przedzierali się nawet przez tę ulewę i grzmoty.
mój typ na Bączka: Korpiklaani.
poza tym pięknie: Jelonek, Możdżer Danielsson Fresco Trio, Kroke, Atmasfera.
no i banan na twarzy słuchając szlagierów made by Blenders

teraz siedzę w mieszkanku po przeszło 10godzinnej podróży
a następnie tylko (!) 8godzinnym spanku.
nakładam tony kremu na twarz, co by przestała  linieć jak wąż.
wypijam litr wody aby dojść do siebie z gospodarką (przestrzenną) organizmu po tym 5 dniowym wyjeździe.
patrzę na powoodstockowy plecak i
i opadają ręce na sam widok
-------
a to jeszcze nie koniec wakacji

wtorek, 14 lipca 2009

wakacyjne bilansowanie

Wakacje trwają w dobre, ciągle nie umiem zrzucić tych kilogramów aby przekonać się do kupna nawet jednoczęściowego stroju kąpielowego - wczoraj zaliczyłam pizze, dzisiaj kebab, który kebabem nie był (ale smaczny owszem,tylko ilościowo przekraczał jakąkolwiek normę).
Dziś na obiad serwowane będą - albowiem północ wybiła 30min temu, ziemniaki gotowane z koperkiem i fetą na wierzch. W wyobraźni sylwetka Pin-up Girl coraz chętniej uśmiecha się moimi własnymi ustami. A perspektywa wpinania kwiatów we włosy prosi się o wydech rozkoszy.

Bilans na dziś dzień jest taki oto:
- obraz malowany przeze mnie od pół roku ("bo czasu nie było"-a jakże inaczej), w końcu został ukończony. Suchy i błyszczący został sprzedany, a łódzkie mieszkanko opłacone;
- kolczyk w nosie utracony;
- kolczyk w brodzie utracony;
- półtora tygodnia poza domem;
- w tym czasie zdążyłam zbadać moje nowe lokum ... Łódzkie lokum;
- odwiedziłam Trotyllę, uświęciłam to spotkanie i wiadomo, że nie będzie ono ostatnim;
- zostałam zabrana na komedię romantyczną do kina P; pocieszne to takie;
- od dwóch dni nękają mnie wątpliwości czy to co jadłam w zeszłym tyg w Łodzi w ChinaTown było kurczakiem czy psem pieczonym;
- siedzę w Żarach z moim 'Indianinem', nie ruszamy się praktycznie nigdzie bo przez 2 tyg ma on pilnować domu, psa, kota, ma również do wykarmienia psa, kota i brata ... tak też jestem tu z nim aby umilać mu, czy też rozweselać życie (i pranie robić);
- 2 całonocne imprezy lubuskie zaliczone: 1) u Wiktora, mojego łódzkiego współlokatora; 2) u Ewy, dziewoi wiktorowskiej, również mojej współlokatorki;
- naliczyłam trochę pewnych dylematów, w szczególności tych z natury banalnych - studiować czy nie studiować, co studiować i jak [:
- miłość do oldschoolwych filmów retro z lat 50tychi 60tych trwa! w swojej naiwności nadal mnie urzekają.

Jest jeszcze troszkę tych wakacyjnych planów. Mój Osobisty Rycerz Jedi wyprzedaje mnóstwo płyt CD i DVD oraz gier na PC, PS = wkrótce dam Wam namiar, może znajdziecie coś dla siebie. Gdy tak spoglądałam na to co tam odrzucał na kupkę rzeczy do sprzedaży, to aż żal ściskał serce za te plyty P; ale fakt faktem i ja nie miałabym czasu na ich słuchanie czy oglądanie. Chyba i sama muszę przejrzeć swoją płytotekę, skoro większość i tak posiadam na pececie.

sobota, 27 czerwca 2009

kres

W końcu nadszedł kres I stopnia studiów. Tak, cieszę się niezmiernie, że mam to już za sobą oraz fakt, że nie będę musiała już więcej napotykać na swej drodze twarzy trolla Węglarza ... uff! uff!
Spryskuję ciało Brazil Beat, włączam Ibrahima Ferrera i wczuwam się w te gorące klimaty ... wakacje. Szkoda, że na razie tylko w mojej głowie a nie za oknem ~{:

Dokańczanie orchideowego obrazu czas zacząć!

środa, 17 czerwca 2009

porozmawiaj

Pierwsza dzisiejsza myśl to taka, iż nie pozbędziemy się wrażeń zamykając tylko jedno ze zmysłów, a nawet kilka naraz - zawsze pozostaje dotyk. I jeszcze jedno - wyobraźnia. Ona zazwyczaj przyprawia mnie o większe dreszcze niż rzeczywistość.
Ostatnimi czasy nie stać mnie na nic głębszego. Dzisiaj obejrzałam film Almodóvara, Hable con Ella (Porozmawiaj z nią) i chyba jak większość osób, poruszył on moje zmysły. Almodóvar jak zwykle ze wszystkich słodyczy świata wybiera dość trudne kwestie, ale tak na prawdę są one tak powszechne w naszej rzeczywistości (przede wszystkim tej osobistej), jak chleb. Na przykład w wymienionym przeze mnie filmie kwestie są takie: samotność; miłość przede wszystkim bezwarunkowa, ale i niezrozumiała; postrzeganie nas przez innych; lęk przed rozmową; lęk przed czymś nieznanym, a nade wszystko wydającym się nam innym od tego co spotykamy na co dzień. Długo by wymieniać i opisywać, szczególnie tłumaczyć jak dane elementy ukazał reżyser, jak się z nimi zmierzył i jakie wartości uwypuklił w bohaterach. Trochę nawet boję się rozpisywania na ten temat.
Druga myśl dotyczy rozmów. Rozmawianie jest trudną sztuką. Ponoć słuchanie jeszcze trudniejszą, jednak wydaje mi się, że to mówiąca osoba powinna umieć trafić do słuchacza ... A oczy, one praktycznie nigdy nic nie wyrażają - tylko ta cała ich oprawa jaką jest twarz mówi za nasze myśli. Jednak nie zawsze ukazujemy się światłu dziennemu w pełnej swej krasie osobowości. Nie każdy (a może i nikt) nie lubi być tą przysłowiową "otwartą księgą", z której można wszystko wyczytać (pomijam juz interpretację...tak tak, pomijam/y). Z drugiej strony pragniemy być zrozumianymi, ale skoro czasem tego nie ułatwiamy innym to dlaczego mamy do kogokolwiek pretensje.

P.S: Ogółem nie można mieć pretensji do kogoś i do siebie - to niezdrowe. Może przyprawić o wrzody żołądka, a po co się męczyć skoro i tak istnieje tylko dziś.
EDIT: A jutro specjalnie włączę sobie jakieś nieme kino [;

wtorek, 16 czerwca 2009

'a mogło być tak pięknie ...'

Mój weekendowy pobyt w Krakowie zaowocował takim zjawiskiem:

Jest to dowód na to, że z kobietami trzeba uważać ... szczególnie w miłości [; bo nie wiadomo jak to się skończy i ile trzeba będzie za to zapłacić [;