środa, 31 marca 2010
lubię. uwielbiam. lubię
lubię pudrowe zapachy
pastelowe kojące oczy barwy.
uwielbiam wpatrywać się w blask nocnych latarni
i czuć ciepły koc na stopach.
to, co zawsze maluję w zeszytach to pnącza
po których wzbijam się w przestworza.
lubię mistykę
oraz enigmatyczne spacery . donikąd
podróżowanie historiami z zaklętych książek
delektowanie się smakiem i aromatem własnoręcznie przyrządzonych ciastek
kolekcjonowanie pięknych ilustracji.
lubię myślenie, że moje życie jest jak z krainy czarów
wtorek, 16 marca 2010
autorefleksja
Zapewne i u Was jest tak, że przez jakiś odcinek czasu rządzi Wami jakaś inspiracja - jedna, dwie, czy ile ich tam Was szarpie. Mnie tak na prawdę te moje inspiracje irytują, przez nie to nie umiem się określić.
Podziwiam osoby, które ciągle doświadczają nowych inspiracji, widać to a bezustannie mają ten swój charakterystyczny styl, niby są tacy jak zawsze ale odświeżeni.
Nie mam nawet pojęcia jak to podsumować. Zmieniam się a jednak pozostaję wierna pewnym regułom, elementom, rzeczom i zawsze do nich wracam. Tylko po co mi to wszystko pośrodku?
Taka mnie dziś naszła refleksyjna myśl. Autorefleksyjna.
sobota, 27 lutego 2010
odrywanie siebie
Impuls oznacza czynienie tego, co się aktualnie chce czynić, a nie z innych względów, opisywanych przy użyciu takich pojęć, jak dobro, szlachetność, piękno, itd.
W orientacji "impulsowej" prawdziwa jaźń jest czymś co musi być odkryte. W sferze "instytucjonalnej" oczekiwanie na "odkrycie siebie" może wydawać się stratą czasu. "Ja" jest czymś, co się osiąga i tworzy lub uzyskuje w drodze starań, a nie "odkrywa".
W orientacji "impulsowej" prawdziwa jaźń jest czymś co musi być odkryte. W sferze "instytucjonalnej" oczekiwanie na "odkrycie siebie" może wydawać się stratą czasu. "Ja" jest czymś, co się osiąga i tworzy lub uzyskuje w drodze starań, a nie "odkrywa".
Zbigniew Bokszański, Tożsamości zbiorowe,
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007
poniedziałek, 22 lutego 2010
Straszny tydzień i zaklęcia Protego Horriblis
Zaczął się tydzień ciężkiego oddechu i niepewności. Pierwsza poprawa za mną, dwie jeszcze przede mną. W dodatku od dzisiaj mamy już drugi semestr, także trzeba pojawić się na dzisiejszych wykładach, a raczej wypadałoby się na nich pokazać. Z okazji tego strasznego tygodnia staram się myśleć tylko i wyłącznie o rzeczach miłych, np:
- poprawa pogody i fakt, że już nie trzeba codziennie myć podłogi w przedpokoju (nie to, żeby była codziennie myta),
- moja wizyta w domu, co prawda nie zdążyłam odpocząć i wchłonąć jego aury ale zawsze miło jest pobyć w domu,
- podczas mego pobytu w Jastrzębiu upiekłam swój pierwszy chleb !!! Zajadałam się nim i pyszną domową konfiturą truskawkową. Przepis zaczerpnęłam od Trufli. Zdjęcie nie jest idealne bo robione telefonem komórkowym, kompozycja zresztą też niezbyt wyszukana albowiem apetyt mąci estetykę ...
- odpowiednia muzyka i jeszcze odpowiedniejsza,
- pouczająca i pocieszająca lektura o podejmowaniu decyzji w życiu, czyli "Dżungla życia" Beaty Pawlikowskiej,
- ha, przez ten stres ciągle jem, jednak pociesza mnie myśl, że na styczniowym weselu paradowałam w sukience rozmiar 36 (i tak właśnie się pocieszam),
- ja się uczę a mój mężczyzna gotuje nam pyszne obiady, laaaaba!,
- drink z cytrynówki i soku z granatu smakuje jak landrynki (mniam!),
- no i jeszcze tylko 4 miesiące do wakacji!
tagi:
alkohol,
codzienność,
drinki,
książki,
kucharzenie,
Łódź,
myśli,
studia,
wakacje
poniedziałek, 15 lutego 2010
jagnięcina podana z grilla (na ostro)
Zaatakowały mnie smoki. Latają nade mną wkoło niebezpiecznie trzepocząc skrzydłami i wzniecając wiatr, który przewraca wszystko co żywe na ziemię. Nie ma rycerza, są tylko biedne i zlęknione owieczki. A ja jestem tym jagnięciem, które stara się schować jak najgłębiej między owcami. Tylko smoki zioną ogniem, warczą nastraszając to niby nurkując w naszą stronę, to wzlatując w chmury. Nie ma rycerza, nie ma dzielnych szewczyków a tym bardziej dzielnych pastuchów ... *
Studia nie wychodzą na zdrowie, tym bardziej, gdy wykładowcy usilnie próbują wyeliminować choćby 1/4 studentów na roku. Spadam w czarną dziurę niemocy. Jestem coraz mniejsza i mniejsza, mniejsza... Może to był błąd wybierając się na studia o których nie ma się zupełnego pojęcia, ale za to rokują pomyślą przyszłością. Zobaczymy, albowiem to Oni jedynie mogą mnie wyrzucić, bo sama nie mam zamiaru się stamtąd zwalniać.
Póki co siedzę w Jastrzębiu, to moje ferie, mój ratunek od obłędu. Niby źle, że nie zabrałam ze sobą notatek do przyuczenia, jednak jestem tu by odpocząć. Inaczej rozchoruję się tak, że wszyscy wkoło będę mnie mieli dość! Ha, mówię to jak małe dziecko, i tak też się czuję. Tym bardziej, że tego samego dnia co przybyłam do domu dowiedziałam się, moje nadzieje a raczej przekonania co do zamknięcia choćby połowy egzaminów sesyjnych zostały jakby brutalnie podarte i wyrzucone do kosza przez krytyka (literackiego powiedzmy), jako sztuka aż nadto realistyczna niż patriotyczna (czyli za dużo niewiedzy niż wykutych słowo w słowo, jak mantry zdań).
Płaczę jak dziecko w poduszkę i odganiam myśli apokaliptyczne, śniąc o lepszym jutrze w moim małym pokoikowym azylu.
*mój własny cytowany tekst
*mój własny cytowany tekst
piątek, 22 stycznia 2010
Oren Lavie
Zakochałam się w głosie Orena Lavie. Pierwszy raz, gdy usłyszałam jego utwór na ścieżce dźwiękowej do Opowieści z Narnii - słuchałam go w kółko! Przeszukałam internet za jego innymi tworami ale okazało się wtedy, że jest w trakcie nagrywania swojej pierwszej płyty (The opposite side of the sea) i udostępniony był tylko jeden utwór, który ma promować płytę - Her morning elegance. Czekałam na płytę i oto jest! A głos Orena brzmi jakby śpiewał nam kołysankę do snu: ściszony i odpowiednio stonowany, ale wbrew pozorom nie jest to płyta wyłącznie na wieczory. Słucha się jej wyśmienicie o każdej porze dnia, roku i o każdej pogodzie.
Zatem zapraszam Was do zatopienia się w tej muzyce!
środa, 20 stycznia 2010
folkObomb
Czas Bożego Narodzenia dobiega końca, a ja nie chcę zapomnieć o tym niezwykłym czasie: spoglądam na dziadka do orzechów i czuję smak orzechów włoskich, piję kawę z cynamonem i jem ciastko z ajerkoniakiem, a wszystko to oświetlają kolorowe lampki niczym z choinki.
Wiem, że w Jastrzębiu w salonie stoi jeszcze przyozdobiona choinka, w tym roku przebogata - pomieściła praktycznie wszystkie bombki, parę papierowych ozdób zachowanych z mojego dzieciństwa i parę tych z dzieciństwa taty. W tym roku dołączyła nowa bombko-ozdoba papierowa, tym razem nie powieszona a umieszczona na gałązkach choinki. Wspominałam o niej w przedświątecznym wpisie, jest to moja pierwsza przygoda z techniką decoupage. Bombka nie jest doskonała, ale jak na pierwsze podejście, klej wikol i styropianową kulę, wydaje mi się, że mogę się nią pochwalić:
Co najważniejsze to mandala z kwiatów i kogutów, typowy łowicki wzór. A druga strona to folkowy misz-masz kwiatowy.
Kolczyki na prezent dla mamy będą na raz następny, gdyż nie zdążyłam ich cyfrowo uwiecznić. No i muszę ponownie nawiedzić Jastrzębie (:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


